poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt

Wrócę, obiecuję! Po świętach, przed Nowym Rokiem, na pewno!
A teraz życzę Wam cudownych, smacznych i pełnych aromatów Świąt, dobrych chwil i dużo odpoczynku.
Monika

poniedziałek, 16 września 2013

Krem z zielonego groszku

Długo zabierałam się do zrobienia kremu z zielonego groszku. Kusił mnie za każdym razem, kiedy czytałam przepisy na blogach, w książkach kucharskich, czy też widziałam w ulubionych programach kulinarnych. W końcu przyszedł czas na czyszczenie zamrażarki, a tam znalazło się pół paczki (może trochę więcej) mrożonego zielonego groszku. Miałam zaplanowane placki z jabłkami, ale zupa krem świetnie uzupełniała to menu ;-) Nie myliłam się. Objedliśmy się wszystkim tak, że o kolacji nie było wogóle mowy. 
Dla fanów groszku, takich jak my, rzecz idealna. Nawet mój synek się zajadał ze smakiem. A. jadła ostatnią porcję i też chwaliła ;-) 

Zupa krem z zielonego groszku

Składniki (3 porcje + 1 malutka ;-)):
- ok. 250 - 300 g zielonego groszku (może być i cała paczka, na pewno nie zaszkodzi)
- 750 ml bulionu warzywnego (u mnie ostatnio, z braku czasu wygrywa szybki bulion z Kwestii Smaku)
- 2 kromki czerstwego chleba
- 25 - 30 g sera feta (to ok. 2 łyżek)
- sól, pieprz, szczypta chilli do smaku
- łyżka startego parmezanu (opcjonalnie)

Przygotowujemy bulion (najlepiej dzień wcześniej lub rano). Gotujemy w nim mrożony groszek kilka minut (do miękkości, ale nie za długo). Dodajemy fetę pokrojoną w kostkę oraz chleb porwany/pokrojony na małe kawałki. Miksujemy blenderem na krem. Smakujemy, doprawiamy wg uznania, możemy posypać parmezanem. Podajemy z grzanką posypaną parmezanem lub samodzielnie.
Smacznego!

piątek, 13 września 2013

Makaron z cukinią i boczkiem

Jesień rozpoczyna u nas sezon jednogarnkowców, dań sytych, nieskomplikowanych. Musi być smacznie, treściwie i zajmować mało czasu. Zwłaszcza ostatnio, kiedy mamy go coraz mniej, a każdą wspólną chwilę staramy się wykorzystać maksymalnie. 
Makarony jak zwykle wygrywają stwarzając pole do eksperymentów. Ten okazał się bardzo udany. Połączenie i wykonanie banalne, ale pyszne. W sezonie, kiedy stragany uginają się od cukinii, konieczne do wypróbowania!

Makaron z cukinią i boczkiem

Składniki (2 porcje):
- 2 garście ulubionego makaronu (u nas świderki pełnoziarniste)
- 1 średnia cukinia
- ok.250 g boczku wędzonego
- sól morska, świeżo zmielony pieprz

Wstawiamy wodę na makaron i gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. W międzyczasie boczek kroimy z kostkę i smażymy na patelni (nie dodajemy dodatkowego tłuszczu!) ok. 5 minut. Cukinię myjemy dokładnie i kroimy w półplasterki (lub tak jak Wam wygodnie). Dodajemy do boczku na patelni. Solimy (uwaga z solą, bo boczek bywa bardzo słony) i pieprzymy. Idealny będzie świeżo zmielony pieprz kolorowy. Smażymy wszystko do momentu, kiedy cukinia będzie miękka. Mieszamy wszystko z ugotowanym makaronem i podajemy.
Smacznego! :-) 


wtorek, 13 sierpnia 2013

Risotto z kurkami

...czyli idzie jesień. To już? A może zmęczeni upałami powiemy "dopiero"? Mam w tym roku bardzo mieszane uczucia. Chyba pierwszy raz tak mocno tęsknię za wrześniem. Nie, nie tylko przez upały. Na pewno jest kilka powodów.
Risotto to jedno z moich ulubionych dań. To z kurkami zdecydowanie zdobyło nasze podniebienie. Danie dla mnie luksusowe ze względu na dostępność kurek (to tylko jakieś 2 miesiące w roku).
Zróbcie i przekonajcie się, czy to też Wasz smak. A ja wśród dźwięków, które wyśpiewuje mi Michael Buble, wrócę do domowych spraw :)

Risotto z kurkami


Składniki (porcja na 2 głodne osoby):

- 1 cebula
- 1 ząbek czosnku
- oliwa (ok.2 łyżek)
- 3 garście (damskie ;-) ) ryżu do risotto (u mnie arborio)
- ok. 1 l bulionu (u mnie szybki bulion podpatrzony kiedyś u Asi z Kwestii smaku czyli woda gotowana kilka minut z przyprawami i ziołami)
- łyżka masła
- ok. 100 g kurek podsmażonych wcześniej chwilę na oliwie z dodatkiem masła (1 łyżeczka)
- garść startego parmezanu
- sól, świeżo zmielony pieprz
- opcjonalnie do podania: natka pietruszki (pasuje, ale akurat nie miałam)

Oczyszczamy kurki i smażymy je na oliwie z dodatkiem masła. Przygotowujemy bulion. Cebulę i czosnek kroimy w drobną kostkę. Na rozgrzanej oliwie szklimy cebulę z czosnkiem. Dodajemy ryż i smażymy chwilę, aż zrobi się lekko przezroczysty. Wlewamy 2 chochle bulionu, mieszamy i zostawiamy, aż ryż wchłonie bulion. Później wlewamy dwie kolejne i powtarzamy proceder do momentu, aż ryż stanie się al dente. Przed wlaniem ostatniej porcji dodajemy podsmażone kurki. Po wlaniu ostatniej porcji bulionu czekamy ok. 1 minuty i dodajemy łyżkę masła. Następnie dodajemy do risotto starty parmezan. Wyłączamy gaz/płytę elektryczną, mieszamy risotto, przykrywamy na 30 sekund i podajemy od razu. Można podać jeszcze udekorować parmezanem.
Smacznego! :)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Pierogi z jagodami

Jak się uwolnić od złych myśli i złości? Jak zapomnieć o przelewach, które nie przychodzą, mimo że powinny? Zrobić pierogi. 
Uspokajające zajęcie. Przynajmniej dla mnie. 
Jeśli domownikom smakuje - tym bardziej. Chociaż na chwilę można zapomnieć o tym, co się dzieje źle. 

Myślałam, że jagody są drogie. W końcu 20zł za kg to nie mało. Ale... Okazuje się, że duży słoik (9zł) wystarcza na zrobienie pierogów i jagód zostaje jeszcze na sporo jagodzianek, które mam jutro w planie. 
Dlatego polecam się jednak skusić. 
Myślałam, że robienie tych pierogów zajmie mi pół dnia. Zmierzyłam czas - dokładnie 60 min - 40 sztuk pierogów. To jednak nie tak źle :-) I wiecie - były PYSZNE!!! Ł. zachwycony zjadł dwie duże porcje, a nie przepada za obiadami "na słodko".

Inspiracją (i źródłem tego konkretnego przepisu) była dla mnie Chillibite (ostatnio nie mogę przestać czytać jej postów - to jest jakieś uzależnienie!). Gdyby nie jej opowieść, tych pierogów pewnie jeszcze długo by nie było. 

Pierogi z jagodami
Składniki (u mnie ok.40 sztuk):
- 300 g mąki pszennej
- 1 łyżka oleju
- 1 łyżeczka soli
- 150 - 200 ml bardzo ciepłej wody

Farsz:
- ok. 1,5 szklanki jagód
- 3 - 4 łyżki cukru


Jagody myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym, dosypujemy do nich cukier i mieszamy. 
Do mąki dodajemy olej, sól i 3/4 wody (resztę zostawiamy i dodajemy po chwili w razie potrzeby). Zagniatamy ciasto. Powinno być gładkie i elastyczne (w razie potrzeby dodajemy właśnie wody). Odrywamy ok.1/4, resztę przykrywamy ściereczką. Wałkujemy i wycinamy szklanką kółka. Na nie nakładamy po łyżeczce farszu i sklejamy pierogi (ja podobnie jak Chillibite robię falbankę bo to dla mnie jedyna sprawdzona forma, która się nie rozlatuje). Podobnie postępujemy z resztą ciasta. Pierogi gotujemy w lekko osolonym wrzątku kilka minut od momentu wypłynięcia. Ja podaję ze śmietaną i cukrem, ale możliwość kombinacji jest nieograniczona :-) Smakują też samodzielnie. 

Smacznego!

wtorek, 30 lipca 2013

Dżem truskawkowy...czyli jak złapałam kolejnego bakcyla :-)

W zeszłym roku latem byłam w zaawansowanej ciąży i odpuściłam sobie jakiekolwiek przetwory, mimo że pokusa była silna. Bo nowe mieszkanie, wreszcie tak naprawdę własna kuchnia (chociaż do tej pory nie jest do końca moja, bo to nie ta wymarzona - ale to inna historia) i chęć spożytkowania sporej ilości wolnego czasu. Słuchając głosu rozsądku - własnego i innych - dałam sobie spokój. 
Czekałam na następne lato. Przyszło. A nawet jesteśmy już w połowie. 
I mało brakowało, a znów bym odpuściła. 
Dołki większe i mniejsze, a zwłaszcza ten finansowy, mało czasu i sporo spotkań. Wątki i wymówki mniej i bardziej istotne. 

Zrobiłam swój pierwszy dżem i przepadłam. Chodzę po targu i wymyślam, co jeszcze bym zrobiła.
Mam nadzieję, że siły i reszty starczy mi na wiele słoików :-)
Miło jest jeść własną konfiturę. Równie miło jest dawać ją w prezencie.

Przepisów szukałam w książkach kucharskich, w internecie... W końcu i tak wróciłam do klasyki. Takie konfitury robi moja babcia. Od takich zaczynam. Na eksperymenty przyjdzie czas później. 

Dżem truskawkowy
Składniki (4 słoiki po ok.200 ml):
- 1 kg truskawek
- ok. 300 g cukru (jeśli ktoś lubi słodsze dżemy może dać więcej, ale przy truskawkach kaszubskich, które są słodkie, taka ilość cukru jest wystarczająca - ja zamierzam dać następnym razem jeszcze mniej)
- sok z połowy cytryny

Pozbawiamy truskawki szypułek, kroimy je na połówki (jeśli są niewielkie) lub ćwiartki. Zasypujemy cukrem. Zostawiamy na ok. 30 min. Następnie mieszamy, dodajemy sok z cytryny i smażymy owoce ok. 40 - 50 minut często mieszając. Kolejnego dnia powtarzamy proces - ok. 40 - 50 min na niewielkim ogniu + częste mieszanie. Trzeciego dnia smażymy dżem jeszcze ok. 30 min (pamiętamy o częstym mieszaniu, bo dżem może się przypalić!). Przelewamy do wyparzonych słoików, zakręcamy i pasteryzujemy (u mnie pasteryzacja w piekarniku). 

Smacznego :-) 


czwartek, 27 czerwca 2013

Ciasteczka owsiane z czekoladą i rodzynkami

Bardzo długo szukałam "mojego" przepisu na ciasteczka owsiane. Jadłam je kilka razy u różnych znajomych, pytałam, ale zawsze mi coś w tych przepisach nie pasowało (lubię prostotę - cóż...;-) ). Wreszcie mam. Idealne. Za pierwszym razem wyszły. Przepyszne. O to mi chodziło. 
Na letnią chandrę i odganianie złych myśli - idealne. 

Przepis pochodzi z blogu Moje Wypieki. Wprowadziłam niewielkie zmiany w przepisie.

Ciasteczka owsiane z czekoladą i rodzynkami

Składniki: 
- 120 g masła
- 70 g brązowego cukru
- 1 jajko
- 140 g razowej mąki (dałam pszenną pełnoziarnistą)
- 100 g płatków owsianych 
- pół łyżeczki proszku do pieczenia
- pół tabliczki deserowej czekolady
- garść rodzynek (w przepisie było 250 g czekolady tylko)
- opcjonalnie: łyżka wody






Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dodać jajko, dobrze wymieszać. Dodać pozostałe składniki, wymieszać. Można łyżką, można mikserem. Moje ciasto nie chciało się dobrze połączyć, dlatego dodałam łyżkę wody, która rozwiązała ten problem. 

Następnie podzielić ciasto na kulki wielkości orzecha włoskiego, nagrzać piekarnik do 180 stopni. Na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia układać kulki ciasta i spłaszczać je wilgotną łyżką. Piec ok. 15 minut do zrumienienia. Zajadać po ostudzeniu. Przechowywać w szczelnym pojemniku. 

Smacznego!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Tarta truskawkowo - rabarbarowa

Jak pisałam na FB, uwielbiam czerwiec. Ta cała eksplozja smaków i zapachów sezonowych, które pojawiają się w domu za sprawą zakupów na targu, za każdym razem wywołuje we mnie szeroki uśmiech. Tym razem mój ulubiony rabarbar (w tym roku chyba pomrożę zapasy, żeby cieszyć się nim też jesienią i zimą) i truskawki. Pomysł na tartę z kruszonką zaczerpnęłam od Małgosi (tutaj -> klik). Od siebie dodałam truskawki i zastąpiłam brązowy cukier białym (wynikało to z braku na stanie tego pierwszego). Kruszonkę szczerze mówiąc robiłam "na oko" dodają po garści każdego składnika i ewentualnie modyfikując ilości w trakcie mieszania/zagniatania. Też wyszło. Jest lato (prawie) i jeżeli można, to odmierzajmy składniki ręką, odstawmy na półkę wagi kuchenne i miksery. Im szybciej i prościej, tym lepiej :) Przynajmniej teraz. 
Zostawiam Was z tą tartą. Polecam zjeść chociaż kawałek w towarzystwie białego schłodzonego wina...obłędne :)

Tarta z truskawkami i rabarbarem
pomysł - pieprzczywanilia.blogspot.com + moje małe zmiany

Składniki: 
- 200 g mąki (ok.1,5 szklanki o pojemności 250ml)
- 100 g zimnego  masła (pół kostki)
- 60 g cukru (u mnie biały, 60 g to ok.4 łyżek stołowych)
- 1 żółtko
- łyżka zimnej wody (u mnie dwie)

Nadzienie: 
- truskawki - ok. 0,5 kg, ale może być więcej
- rabarbar - dwie duże łodygi (też może być więcej - według uznania i smaku)
- 2 łyżki cukru (jak komuś przeszkadza kwaskowatość rabarbaru, może dodać więcej)

Kruszonka: 
- 3 łyżki płatków owsianych
- łyżka mąki 
- 3 łyżki cukru
- 1/4 kostki masła

Mąkę siekamy razem z masłem. Dodajemy cukier i żółtko, na końcu wodę. Zagniatamy ciasto do momentu, aż można uformować z niego kulę. Zawijamy ją w folię spożywczą i chowamy do lodówki na pół godziny. Robimy kruszonkę rozcierając w palcach wszystkie jej składniki - aż do powstania grudek. Chowamy do lodówki na czas robienia reszty. Myjemy truskawki i rabarbar, kroimy je na kawałki i przesypujemy cukrem - żeby puściły sok. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wyjmujemy z lodówki ciasto, rozwałkowujemy je do pożądanej wielkości (u mnie okrągła forma na tartę o śr. 26 cm), przekładamy ciasto do nasmarowanej masłem i wysypanej mąką blachy/formy. Nakłuwamy widelcem w kilku miejscach i wsypujemy obciążenie (u mnie biała fasola), żeby podpiec "na biało". Pieczemy 10 min. Wyjmujemy ciasto z piekarnika, przesypujemy fasolę do pojemnika/woreczka (po wystudzeniu przyda się na kolejny raz), na cieście rozkładamy owoce i pokrywamy je warstwą kruszonki. Pieczemy wszystko w 200 stopniach przez ok.30 - 35 minut. 
Podajemy na ciepło lub zimno, z lodami lub bez. Dobre również następnego dnia - chociaż nie wiem czy coś zostanie... :) 

Smacznego :)

wtorek, 4 czerwca 2013

Makaron z wiosennymi warzywami

Razem z wiosną przyszło więcej zawodowych obowiązków. Dlatego w kuchni spędzam mniej czasu niż bym tego chciała. Obiady powstają z tego, co akurat jest w lodówce lub tego co wpadło mi w ręce podczas zakupów (np. pęczek zielonych szparagów). 
Makaron zawsze ratuje mnie jak trzeba szybko coś upichcić ;-) Tak też było tym razem. A wyszło wyjątkowo smacznie!



Makaron ze szparagami i młodą marchewką


Składniki (porcja na dwie osoby): 

- pół pęczka zielonych szparagów
- 3 młode marchewki
- 1 mała cebula
- 2 łyżki śmietany lub jogurtu naturalnego
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- 200 g makaronu razowego (u mnie spaghetti)
- sól, pieprz


Wstawiamy wodę na makaron. Marchew kroimy w plasterki, cebulę w kostkę, szparagom odrywamy stwardniałe końcówki i kroimy na kawałki. Główki zostawiamy na później. W czasie, gdy gotuje się makaron rozgrzewamy na patelni oliwę i wrzucamy pokrojoną cebulkę. Jak się zeszkli dorzucamy marchewkę oraz szparagi (tylko łodyżki!). Mieszamy, podlewamy łyżką wody i dusimy kilka minut - aż warzywa będą prawie miękkie. Dorzucamy główki szparagów. Dajemy warzywom jeszcze ok. 3 - 4 minut. Zdejmujemy z ognia/palnika, dodajemy śmietanę, doprawiamy solą i świeżo zmielonym pieprzem do smaku. Mieszamy z ugotowanym makaronem. Podajemy od razu!

Smacznego! :-) 

czwartek, 30 maja 2013

Placki na słodko z jabłkami i śliwkami

Danie kojarzące się dzieciństwem, z wakacyjnym bieganiem po podwórku, czy też ogrodzie dziadków. Wpadało się do domu na chwilę, jak po ogień, brało się w małe rączki placek, albo dwa i biegło się dalej... Nie liczyły się małe i duże problemy tego świata. Liczyło się słońce, zielona trawa i wakacje. Szkoda czasu na siedzenie przy stole, szkoda czasu na używanie sztućców. Trzeba biec dalej, łapać nowe.

Teraz rozkoszuję się jedzeniem takich placków na spokojnie, widelcem i nożem, z kleksem naturalnego jogurtu i szczyptą cynamonu. Tyle że nadal jestem skłonna jeść palcami, w biegu, bo tak lepiej smakuje...

Zapraszam Was na placki z owocami. Świetne na piknik, czy też w sytuacji, kiedy mamy do wykarmienia gromadę dzieci :-) Najlepsze, kiedy robi je babcia, ale cóż... staram się jak mogę ;-)

Placki z jabłkami i śliwkami
przepis własny

Składniki:


do odmierzania użyłam kubka o pojemności 250ml
- 2 kubki mąki
- 3/4 kubka cukru
- 2 jajka
- 1,5 kubka mleka
- łyżka proszku do pieczenia
- łyżka cukru waniliowego
- szczypta soli
- 1/2 łyżeczki cynamonu

- 2 jabłka pokrojone w kostkę
- kilka śliwek (poza sezonem mogą być ze słoika - ja użyłam właśnie takich)
Owoce mogą być dowolne, w zależności od zawartości lodówki czy spiżarni. 

Mieszamy wszystkie składniki ciasta. Najlepiej mikserem, ale łyżka też da radę ;-) Kroimy jabłka w kostkę, śliwki na połówki, dodajemy je do ciasta. Ciasto musi mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany. Jeśli tak nie jest dodajcie trochę więcej mąki lub mleka.

Smażymy placki na rozgrzanej patelni, rozgrzewając uprzednio na niej łyżkę oleju rzepakowego. 2 - 3 minuty z każdej strony - aż się dobrze zrumienią.



Podajemy z cukrem pudrem - jeśli zdążymy posypać, bo może się tak zdarzyć, że przeszkodzą nam jakieś małe (albo duże!) rączki... :-) Może być też jogurt naturalny lub gęsta śmietana.

Doskonałe też na zimno, dlatego idealne na piknik.

Smacznego!

Czas na piknik z home&you
p.s. wpis bierze udział w piknikowej akcji prowadzonej przez usagi

czwartek, 16 maja 2013

Faszerowane buraki...czyli ostatnie zapasy przed botwinką

Tak właśnie. Zima już dawno (?) zniknęła. Ba, nawet nie pamiętam że była. Wiosna ma to do siebie (maj tym bardziej), że wymazuje złe wspomnienia ;-) I wszystko zaczyna się układać. Oby tak dalej i wciąż. 
Dziś kupiłam już pierwszą w tym roku botwinkę, ale tutaj będą jeszcze ostatnie, zabłąkane w lodówce buraki. Przepis na faszerowane buraki dojrzałam w nowym KUKBUKU, ale ponieważ nie chciałam robić mięsnego dania, pokombinowałam po swojemu. 
Mój mąż stwierdził, że za dużo buraka w tym daniu i woli go w zupie, albo jako dodatek, ale ja jestem zachwycona. Buraki okazały się bardzo syte, a podane z lekką sałatą stanowiły pełne obiadowe danie.  Danie idealne również na lunch do pracy (farsz można też zabrać po prostu jako sałatkę). 

Buraki faszerowane kaszą jaglaną i fetą
inspiracja - KUKBUK, przepis własny

Składniki (na 2 duże porcje)
- 3 spore buraki
- filiżanka kaszy jaglanej
- pół opakowania fety/sera typu bałkańskiego
- garść natki pietruszki
- ew. świeżo zmielony pieprz


Buraki umyjcie dokładnie, osuszcie, ponakłuwajcie widelcem w kilku miejscach i zawińcie w folię aluminiową. Pieczcie w piekarniku rozgrzanym do 180-190 stopni ok.godziny (muszą być miękkie w środku). Można to zrobić dzień wcześniej, albo przy okazji pieczenia czegoś innego. Po wystudzeniu upieczone buraki dobrze się przechowują w lodówce.
Ugotujcie kaszę jaglaną na sypko wg instrukcji na opakowaniu (zazwyczaj ok.15 min w posolonym wrzątku z dodatkiem łyżeczki oliwy).
Przestudzone buraki przekrójcie na pół i wydrążcie środek tworząc "łódeczki". Miąższ pokrójcie w kostkę (wielkość wg uznania), dodajcie pokrojoną w kostkę fetę, ugotowaną kaszę i posiekaną natkę pietruszki. Wymieszajcie. Nafaszerujcie tą sałatką (idealna również jako osobne danie) łódeczki z buraków i zapieczcie w piekarniku ok.15 min w 180 stopniach. 

Podawajcie z sałatą albo solo. Można posypać jeszcze odrobiną fety i natką pietruszki.
Smacznego :-)!

Przepis bierze udział w durszlakowej akcji Wegetariański obiad.


wtorek, 23 kwietnia 2013

Chleb żytnio - pszenny na zakwasie czyli część I chlebowego szaleństwa

Od ponad dwóch lat podpatrywałam osoby piekące chleb, czytałam o ich zakwasach żytnich, pszennych etc. Piekłam czasami bułki, chałki, chleby na drożdżach. Wszystko dość łatwe, jeśli przestrzega się podanych proporcji. Z czasem można dowolnie modyfikować przepisy - dodawać przypraw, ziół i czego tylko dusza zapragnie. 
Zakwas i chleby pieczone z jego użyciem wydawały mi się czarną magią i karkołomnym przedsięwzięciem. A jednak...! Krok po kroku i mam. Swój własny żytni zakwas*. I od kilku tygodni nie kupujemy pieczywa - piekę chleb w domu, a mąż dopytuje tylko "jaki chlebek dzisiaj?" :-) Pisać mogłabym sporo - i na pewno nie raz tak zrobię. Dziś napiszę tylko jedno - zapach domu, w którym piecze się chleb, jest niepowtarzalny. Smak własnoręcznie upieczonego chleba jest nie do opisania :-) Zakwas nie jest trudny, to tylko mąka i woda. Potrzeba mu po prostu czasu i uwagi.
Co dwa dni wyskakują z mojego piekarnika kolejne bochenki. Przeglądam dziesiątki (jeśli nie setki) stron internetowych, czytam każdy artykuł o chlebie, jaki wpadnie mi w ręce. Mąż kupił mi moją pierwszą książkę z przepisami na domowy chleb. Wpadłam po uszy... Bardzo podoba mi się to uzależnienie. Cieszę się, że mój dom, ten który tworzę tu, w Gdańsku, pachnie chlebem...

Pierwszy, który upiekłam na własnoręcznie wyhodowanym zakwasie, to żytnio - pszenny chleb. Z podanej porcji wychodzą mi zawsze dwa spore bochenki. Posypuję je przed pieczeniem mąką lub pestkami dyni czy słonecznika. Jest pyszny. W weekend poczęstuję nim moich rodziców, którzy przyjeżdżają w odwiedziny. 

Chleby na zakwasie wymagają czasu i dlatego zazwyczaj zaczyna się ich przygotowywanie dzień wcześniej tj. od przygotowania zaczynu, który potrzebuje od kilku do kilkunastu godzin na fermentację. Następnie wyrabiamy ciasto właściwe, które odstawiamy też na jakiś czas (od kilkudziesięciu minut do kilku godzin) do rośnięcia. Później pieczemy i delektujemy się smakiem własnego chleba :-)

Chleb żytnio - pszenny na zakwasie żytnim
(przepis z pracowniawypiekow.blogspot.com, znajdziecie go tutaj)


Składniki: 
Zaczyn:
- 360 g mąki żytniej (720)
- 300 g wody
- 20 g zakwasu żytniego (2 łyżki)

Wszystkie składniki zaczynu mieszamy w misce (wystarczy łyżką, do połączenia składników) i zostawiamy na 12 - 16 godzin.

Ciasto właściwe: 
- 230 g mąki żytniej (720)
- 300 g mąki pszennej
- 400 g wody
- łyżeczka soli
- łyżeczka drożdży suszonych instant
- cały zaczyn

Do zaczynu dodajemy wszystkie pozostałe składniki i mieszamy dokładnie ciasto. Przykrywamy ściereczką. Odstawiamy do rośnięcia na 30 - 60 minut (zależy jak ciepło macie w kuchni). 
Następnie przekładamy ciasto do foremek (silikonowych nie trzeba niczym smarować, blachy smarujemy olejem i wysypujemy otrębami/ew. kaszką manną). Zostawiamy do rośnięcia pod przykryciem na 50 - 60 minut. Rozgrzewamy piekarnik do 230 stopni (grzałka góra - dół). Posypujemy wyrośnięte chleby mąką/pestkami dyni/pestkami słonecznika - czym lubimy. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy 15 minut w 230 stopniach, a następnie zmniejszamy temperaturę do 220 stopni i pieczemy dalej 30 - 40 minut. 

Upieczony chleb jest ładnie zrumieniony i popukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Wyjmujemy z foremek/blach i studzimy. Kroimy po ostudzeniu. 

Potem wpadamy w chlebowe szaleństwo i pieczemy częściej... ;-) 

Smacznego! 
* korzystałam z instrukcji podanej przez Liskę w Pracowni Wypieków

piątek, 19 kwietnia 2013

Kasza jaglana - idealne drugie śniadanie

Powrót do obowiązków teoretycznie powinien oznaczać mniej czasu. Dla siebie, dla rodziny, dla znajomych. Okazuje się, że nie jest tak źle. Dzięki wyrozumiałości (póki co!) szefostwa mam szansę robić wiele rzeczy po swojemu. Rodzą się nowe pomysły i idee, tradycyjnie mnóstwo planów i marzeń...

Wyjęłam z piekarnika chleb (o którym na pewno jeszcze napiszę), spojrzałam przez okno (na parapecie pierwsze doniczki z ziołami), zobaczyłam nasz balkon (wreszcie wygląda jak trzeba - już nie mogę się doczekać kawy przy nowym stoliku) i się uśmiechnęłam :-)
Dobrze jest. Oby tak dalej :-) !

Jedliście już kaszę jaglaną? Ja kilka lat temu trafiłam przypadkiem na artykuł o niej. Spróbowałam i ... nie ukrywam - szału nie było... Dopiero przy drugiej czy trzeciej próbie, kiedy doprawiłam ją po swojemu, powiedziałam: dobre! I tak już zostało. Teraz rączki wyciąga po nią nawet moje 8 - miesięczne dziecko. O wykorzystaniu jej w wersji wytrawnej na pewno jeszcze napiszę. Póki co - pomysł idealny na drugie śniadanie lub lunch (przygotowany rano lub dzień wcześniej - wtedy jej nie zapiekamy - można z powodzeniem zabrać do pracy).


Kasza jaglana z jabłkiem i rodzynkami

Składniki (na jedną większą lub dwie mniejsze porcje):
- filiżanka kaszy jaglanej
- 1 jabłko
- garść rodzynek
- łyżka migdałów w płatkach
- 1/3 łyżeczki cynamonu
- łyżka miodu
- łyżka masła
- szczypta soli




Kaszę jaglaną ugotujcie wg instrukcji na opakowaniu (ja gotuję w wodzie, ale można przygotować też w mleku) - zazwyczaj gotowana ok. 15 minut w proporcjach mniej więcej 1 filiżanka kaszy na 2,5 filiżanki wrzątku/mleka. Do gotującej się kaszy dodajcie szczyptę soli i łyżkę masła. Jabłko pozbawcie gniazd nasiennych i pokrójcie w kostkę (ew. plastry). Nie musicie go obierać. 
Kiedy kasza będzie prawie gotowa (1 - 2 minuty przed końcem gotowania) wymieszajcie ją z jabłkiem, rodzynkami i migdałami. Doprawcie cynamonem i dodajcie miodu. 
Ja swoją porcję zapiekłam jeszcze w piekarniku rozgrzanym do 160 stopni przez 10 minut. Całość nabiera fajnego aromatu, miód się rozpuszcza, smaki się przenikają. Nie musicie jednak tego robić. 

Jaglanka, bo tak potocznie nazywa się tą kaszę, jest bardzo syta, a odpowiednio doprawiona - naprawdę bardzo smaczna. Musicie uwierzyć na słowo, albo zrobić własną wersję. Myślę, że wiele owoców będzie tu odpowiednich :-) 

Smacznego! 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Tarta z malinami na 1 urodziny bloga...

Marzec obfituje w mojej rodzinie w kilka urodzinowych i imieninowych okazji. Dla uczczenia jednej z nich piekłam tę tartę. Znalazłam ją (niezawodnie!) tutaj, u Małgosi. Dodałam tylko maliny. Bo je uwielbiam, bo kojarzą mi się z latem, które było nam w tamtej chwili baaardzo potrzebne. Tarta czekała na publikację dobrych kilka tygodni...

I tak marzec marcem, ale zastał mnie już kwiecień (ach, te powroty do pracy...) i właśnie minął rok od pierwszego wpisu na blogu. Dlatego dziś, urodzinowo, życząc Wam coraz większej przyjemności z odwiedzania tej strony, sobie coraz lepszych potraw i zdjęć i blogowi 100 lat, przedstawiam TARTĘ Z MALINAMI. 

Składniki: 
(forma na tartę o średnicy 26 cm)

Na spód: 
- 240 g mąki
- 150 g zimnego masła
- 30 g cukru
- 1 jajko
- szczypta soli
- ok. 1/2 łyżki zimnej wody (u mnie 1 łyżka)

Masa śmietanowo - jajeczna: 
- 3 jajka 
- 60 g cukru
- 200 g śmietany 36%

Dodatkowo:
- 60 g mielonych migdałów
- 40 g jasnego cukru trzcinowego (u mnie biały zwykły)
- ok. 300 g owoców (u mnie maliny)

Mąkę przesiekać z masłem pokrojonym w kostkę, rozcierać do utworzenia grudek. Następnie dodać cukier, sól i jajko. Na końcu wodę. Zagnieść ciasto, aby można uformować kulę. Schować ją do lodówki na ok. 30 min. W tym czasie: ubić jajka z cukrem i dodać śmietanę. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni (grzałki góra - dół). Mielone migdały mieszamy z cukrem. Ciasto wyjmujemy z lodówki i wałkujemy (koło o średnicy o kilka cm większe niż nasza forma). Wylepiamy nim formę wcześniej wysmarowaną masłem. Podpiekamy ok.20 min. Wyjmujemy (nie wyłączamy piekarnika!), studzimy chwilę, wysypujemy podpieczone ciasto mieszanką migdałów i cukru. Wsypujemy owoce i zalewamy wszystko masą śmietanowo - jajeczną. Wszystko ląduje ponownie w piekarniku na ok. 45 minut. Masa musi się zrumienić i być ścięta. Kroimy dopiero, gdy ostygnie. 

Smacznego i najlepszego! ;-) 

środa, 3 kwietnia 2013

Grecka uczta, czyli przeganiamy zimę (pita, keftedes i tzatziki)

Urodziny mojego męża należały do pizzy i włoskiego stylu - zgodnie z życzeniem jubilata. Kolejny dzień to była uczta grecka. Wszystko w ramach odganiania zimy.

Na wspomnienie wakacji na Krecie zawsze się uśmiechamy - czy to z rodzicami, z którymi pojechaliśmy tam kiedyś z okazji ich rocznicy ślubu, czy z moim mężem, z którym byłam tam w naszej podróży poślubnej. Jak sami widzicie Kreta, Grecja i wszystko co związane z tym klimatem, bardzo dobrze mi się kojarzy.


Upiekłam greckie pity, zrobiłam keftedes (greckie klopsiki) i tzatziki. Do tego feta i oliwa. Do gorącej pity każdy wkładał to, na co miał ochotę.
Zamarzyły nam się wakacje... A na pewno zrobiło się cieplej. Zimo - precz!

Greckie chlebki pita
przepis pochodzi z książki: "Domowy chleb, bułki i bułeczki" pod red.Anny Wrońskiej

Składniki (na 5 - 6 sztuk):
- 500 g mąki pszennej (typ 450)
- 1 saszetka drożdży suszonych (7 g)
- 1,5 łyżeczki soli
- 1,5 łyżeczki cukru
- 2 łyżki oliwy
- 250 - 300 ml ciepłej wody

Mąkę mieszamy z drożdżami, dodajemy sól, cukier, oliwę i tyle ciepłej wody, ile będzie konieczne, aby dało się zagnieść gładkie, elastyczne ciasto chlebowe (konsystencja podobna do tego na pizzę). Wkładamy je do miski, przykrywamy lnianą ściereczką i pozostawiamy w ciepłym miejscu, aby podwoiło objętość - nie powinno to trwać dłużej niż 25 - 30 minut. Zagniatamy ciasto jeszcze raz, dzielimy je na 5 - 6 kawałków. Blachę lekko natłuszczamy, wyściełamy papierem do pieczenia (wyłożyłam ją po prostu folią aluminiową), wstawiamy do piekarnika i ustawiamy temperaturę na 225 stopni. Na dnie stawiamy żaroodporną miseczkę z gorącą wodą. Kawałki ciasta zagniatamy jeszcze raz, spłaszczamy dłonią na placki o średnicy mniej więcej 12 cm. Rozgrzaną blachę wyjmujemy z piekarnika, układamy na niej placki, pieczemy 12 - 13 minut (grzałki góra - dół).

Keftedes czyli greckie klopsiki (przepis własny na podstawie wspomnień i przeczytanych przepisów)
Składniki (na 16 - 18 sztuk)
- 250 g mięsa mielonego (u mnie wieprzowe, ale idealna byłaby jagnięcina)
- 1 jajko
- 1 łyżka bułki tartej
- 1 łyżka oregano
- łyżeczka suszonych pomidorów (nie tych z zalewy!)
- pół łyżeczki soli
- pół łyżeczki pieprzu
- pół łyżeczki chilli
- pół łyżeczki bazylii

Wyrabiamy mięso z resztą składników, lepimy niewielkie kulki, smażymy na oliwie z oliwek, na rozgrzanej patelni.

Tzatziki
Składniki: 
- opakowanie jogurtu greckiego (400 g)
- 2 ząbki czosnku
- świeży ogórek
- sól, pieprz
- kilka kropel soku z cytryny (do smaku)
- opcjonalnie: łyżeczka oregano

Ogórek zetrzeć na tarce o grubych oczkach, odcisnąć z niego wodę. Dodać go do jogurtu. Wycisnąć dwa ząbki czosnku, dodać resztę przypraw, wymieszać. Posmakować - jeśli niczego nie brakuje odstawić na godzinę, żeby smaki się przegryzły.



Ucztę czas zacząć... :-)
Smacznego!

sobota, 30 marca 2013

Wielkanocnie

Kochani, wiosny w sercach (na przekór temu, co za oknem!), dobrej atmosfery, czasu wśród tych, których kochacie i oczywiście samych pyszności :-) 
U mnie (a właściwie u rodziców, gdzie jestem) już chłodzi się mój sernik, a "święcone" czeka na poranne spotkanie...
Najlepszego!

Monika

środa, 27 marca 2013

Zupa selerowa i placki warzywne czyli obiad za 5 zł ;-)

Mimo końcówki marca zima nie chce odpuścić. Temperatura oscyluje wokół zera i tylko słońce wysoko na niebie potrafi poprawić nastrój. Jeśli zima to zostajemy wśród warzyw korzeniowych. Po lekturze kilku artykułów i przepisów wykonałam dwa własne. I wiecie co? Okazało się, że najedliśmy się z mężem za jakieś 5 zł. Obiad z dwóch dań. Nie myślałam, że to jeszcze możliwe ;-) 
Inspiracje znalazłam w Wysokich Obcasach (przepis Marty Gessler na zupę) i Smakach Życia (cykl o warzywach korzeniowych Małgosi Dzięgielewskiej z pieprzczywanilia.blogspot.com). Posprawdzałam, poszłam na zakupy i wyszły z tego dwa pyszne dania. Panie i Panowie, zapraszam na zupę krem z selera (zaskakująco dobra!) i placki warzywne. Odczarowałam seler, który jako dziecko wyjmowałam z wszystkich zup i omijałam szerokim łukiem. Okazuje się, że dobry. Nawet bardzo. Was też do tych korzeniowych czarów zachęcam. Warto czasami zjeść coś innego. 


Za zdjęcia jedynie Was przepraszam - ani seler nie należy do fotogenicznych, ani zupy kremy. Poza tym pośpiech to zły doradca. Następnym razem starcie z selerem będzie lepiej sfotografowane ;-)

Zupa krem z selera


Składniki (3 - 4 porcje):

- ok. 200 g selera (u mnie 1/4 sporej główki)
- 1 średnia marchewka
- pół cebuli
- ząbek czosnku
- łyżka oliwy z oliwek
- 500 - 600 ml wody/ew.bulionu
- szczypta (ok. 1/4 łyżeczki) soli i pieprzu oraz gałki muszkatołowej

Cebulę i czosnek kroimy w kostkę i smażymy na oliwie, aż zmiękną. Dodajemy obrane i pokrojone w kostkę warzywa (marchew i seler). Dajemy im wzajemnie przejść aromatami. Zalewamy wszystko wodą/bulionem i gotujemy do miękkości warzyw. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Zupę miksujemy. W razie konieczności dodajemy jeszcze trochę wody/bulionu i/lub doprawiamy. 

Placki warzywne
Składniki (ok.20 placków):
- ok. 400 g selera (u mnie 1/2 sporej główki)
- 1 średnia marchewka
- 2 duże ziemniaki
- 1 jajko 
- 3 - 4 łyżki mąki
- sól, pieprz

Warzywa obieramy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Dodajemy jajko i mąkę. Mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem. Jeśli masa jest za rzadka, dodajemy jeszcze łyżkę mąki. Smażymy na oleju rzepakowym do zrumienienia z każdej strony. Jeden placek = jedna czubata łyżka stołowa masy. 
Placki podałam z sosem majonezowym (2 łyżki keczupu + 2 łyżki majonezu).

Smacznego :-) 

czwartek, 14 marca 2013

O owsiano - marchewkowych bułeczkach i paście kanapkowej

W Gdańsku jest tylko jedna (niewielka) piekarnia, która jest w stanie nas skusić swoimi wypiekami. Jak tylko tam jesteśmy kupujemy kilka bochenków i mrozimy. Jeśli nie mamy mrożonych zapasów kupujemy oczywiście gdzie indziej, często w tzw.przelocie. Ale... coraz rzadziej. 
Nastawiłam pierwszy w życiu zakwas. Ambitny plan zakłada wypiekanie własnego chleba. Ten sklepowy naprawdę przestał nam smakować odkąd sama zaczęłam robić bułki, czy chleby drożdżowe. 

Wpadłam w wir gotowania i pieczenia. Staram się wykorzystać każdą chwilę, bo tych wolnych przedpołudniowych godzin niewiele mi już zostało. Czytam, przeglądam, sprawdzam, smakuję. 
Dziś komplet - pieczywo i pasta kanapkowa.
Bułeczki z płatkami owsianymi i marchewką bardzo nam smakowały, na stałe wchodzą do mojego repertuaru. Przepis znalazłam u niezawodnej pani Doroty TUTAJ

Bułeczki owsiano - marchewkowe
Składniki (na 12 sztuk):
- 300 ml letniej wody
- 7 g drożdży suszonych lub 15 g świeżych
- 1/2 - 1 łyżeczka soli
- 450 g mąki pszennej chlebowej (ja użyłam mąki pszennej luksusowej typ 550)
- 50 g płatków owsianych (dałam ok. trzech czubatych łyżek)
-  1 łyżka oleju rzepakowego
- 100 g marchewki startej na drobnych oczkach (u mnie dwie niewielkie marchewki)

Drożdże rozpuścić w wodzie, dodać sól i 300 g mąki. Wymieszać i zagniatać delikatnie ciasto kilka minut na omączonej powierzchni (wyrabiałam ciasto w misce i podsypywałam lekko mąką). Dodać płatki i olej dalej wyrabiając. Na końcu dodać marchewkę i resztę mąki (ok.150 g). Wyrabiać ciasto kilka minut. Nie może się kleić. Musi być gładkie i elastyczne. Uformować kulę i odłożyć przykryte czystą ściereczką do wyrośnięcia - ma podwoić objętość (u mnie było to trochę ponad godzinę). Po tym czasie zagnieść ciasto przez dosłownie chwilę i podzielić je na 12 części. Obtoczyć każdą z nich w mące i ułożyć na blaszce wysypanej lekko mąką. Odstawić bułki do ponownego rośnięcia na ok.30 minut. W międzyczasie rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Piec bułki około 15 minut (u mnie prawie 20) lub do zrumienienia. 
Bułki są mięciutkie, ale treściwe. Nam bardzo smakowały. Piekłam je popołudniu na kolację i śniadanie. Bez problemu zachowały świeżość do rana. 



A dziś przy okazji robienia zupy fasolowej z nadwyżki białej fasoli zrobiłam pastę do chleba. Ponieważ eksperyment się udał, na pewno powtórzę ten przepis. 

Pasta do pieczywa z białej fasoli (pomysł własny)
Składniki (na 3 - 4 kromki):
- duża garść białej fasoli (namoczonej dzień wcześniej) 
- mały ząbek czosnku (ew.pół ząbka, jeśli nie lubicie czosnkowego posmaku)
- 2 łyżki wody z gotowania fasoli
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- szczypta soli
- szczypta suszonych pomidorów z oregano (opcjonalnie)
- szczypta kminu rzymskiego

Fasolę ugotować do miękkości. Odcedzić zostawiając ok. dwóch łyżek wody z gotowania. Fasolę, czosnek, oliwę i przyprawy wrzucić do blendera. Zmiksować. W razie potrzeby dodać wodę z gotowania. Posmakować. Ewentualnie doprawić do smaku. Polecam!

Smacznego :-) 

wtorek, 5 marca 2013

KUKBUKowa drożdżówka z kruszonką (łatwa!!!)

Przepis miał być wczoraj, ale nasze dziecko tak zareagowało na poranne szczepienie, że nawet do głowy mi nie przyszło siadanie na dłużej do komputera. Kilka godzin totalnego płaczu trudnego do uspokojenia zorganizowało nam wieczór ;-) A rano dziecko było jak nowo narodzone...

Chyba właśnie na takie dni dobra jest łatwa drożdżówka. Nie mam obaw przed pieczeniem drożdżowych ciast. Wręcz przeciwnie. Lubię je bardzo, a wyrabianie ciasta działa na mnie uspokajająco. Ale takiego przepisu jeszcze moje oczy nie widziały. Jest tak banalny, że dopóki drożdżówka nie wysunęła się z piekarnika, to nie wierzyłam, że to się może udać. Udało się. I było tak dobre, że o mało co sama zjadłam wszystko. 

Dziękuję Ci KUKBUKu i dziękuję autorce przepisu, Ewelinie z Around the kitchen table. Mój nowy drożdżowy sekret :-) Polecam młodym mamom, które tak jak ja od czasów ciąży mają nieposkromiony apetyt na drożdżowe. A na chałkę z szafranem też jeszcze przyjdzie pora! O taaak :-) 


Ciasto drożdżowe dla leniwych
(autorka: Ewelina Majdak, blog table-table.blogspot.com)

Składniki: 
- 10 g świeżych drożdży w kostce
- 3 łyżki drobnego cukru do wypieków
- 75 g zimnego masła
- 2/3 szklanki (150 ml) ciepłego mleka
- skórka starta z połowy dużej cytryny
- 2 jajka
- 2 szklanki mąki pszennej

Kruszonka:
- 1/2 szklanki mąki pszennej
- 1 1/2 mąki krupczatki lub semoliny
- 1/2 szklanki cukru
- 50 g miękkiego masła

Drożdże kruszymy i zasypujemy cukrem. Na tarce do jarzyn (duże oczka) ścieramy zimne masło (jak włożycie je wcześniej na jakiś czas do zamrażarki praca pójdzie jeszcze szybciej) i wrzucamy na cukier z drożdżami. Dodajemy ciepłe mleko, skórkę z cytryny i roztrzepane jajka. Całość zasypujemy mąką. Miskę przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 4 godziny lub zostawiamy na noc w chłodnym miejscu (zostawiłam na noc w lodówce). Po tym czasie ciasto wyrabiamy krótko ręką lub mieszamy drewnianą łyżką. Możemy dodać rodzynki (nie dodawałam). Przekładamy na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Robimy kruszonkę, mieszając składniki i ucierając palcami na drobne grudki lub szybko (około minuty) wyrabiając za pomocą miksera (ja miałam zamrożoną kruszonkę, której kilka tygodni temu wyszło mi zdecydowanie za dużo, więc poszło mi tym samym jeszcze szybciej). Posypujemy ciasto w blaszce kruszonką. Wstawiamy do zimnego piekarnika, ustawiamy temperaturę na 170 stopni (grzałka góra - dół). Pieczemy około 60 minut. 

Pycha!
Smacznego :-)

czwartek, 28 lutego 2013

Szarlotka sypana

Zdecydowanie czuć w powietrzu coś innego. Wreszcie! Jeszcze straszą kupki śniegowego błota, jeszcze mówią, że śnieg z deszczem wrócą na kilka dni, ale... Idzie wiosna. Już się nie mogę doczekać. Jak większość populacji - domyślam się ;-) 
I całe szczęście należę do tych, którym promienie słoneczne dają siłę do działania. A ta siła jest mi ostatnio baaardzo potrzebna. Po zamieszaniu związanym z tygodniowym wyjazdem do domu rodzinnego, zepsutym samochodem (sic!), zawodowymi obowiązkami mojego męża i wieloma innymi sprawami, wreszcie łapię oddech. Odkopuję się z zaległości domowych i rodzinnych. Wracam do swojego rytmu. I dołączam do niego szukanie pracy. Czas na zmiany. Rozczarowań, obietnic bez pokrycia i innych tego typu wątpliwych atrakcji (o których chyba nie chce mi się tu pisać) mam dosyć. Mam nadzieję, że ta wiosna przyniesie coś dobrego. Coś nowego. 

Coś nowego też na naszym stole. Kolejne ciasto dla zabieganych. Do zrobienia w tygodniu, albo wtedy, gdy przychodzą niezapowiedziani goście. Doskonała na ciepło. Widziałam je na kilku blogach, m.in. u Bake&Taste, czy u Doroty z Moich Wypieków . To się wydaje niemożliwe, ale uwierzcie - wychodzi. Jest banalnie proste. Nie sypałam ciasta cukrem pudrem, bo dla nas już samo w sobie było za słodkie. Następnym razem zdecydowanie zmniejszę porcję cukru o połowę. I dodam więcej cynamonu. Tyle moich rad. 

Szarlotka sypana
(do odmierzania użyłam małej szklanki o pojemności 170ml i dałam tylko 3 jabłka, bo nie chciałam piec dużego ciasta dla naszej dwójki, wy możecie robić bez problemu wg przepisu, na pewno wyjdzie wyższa i większa)

- szklanka mąki
- szklanka kaszy mannej
- szklanka cukru (tak jak pisałam wyżej - dla mnie to za dużo, ale cytuję oryginalny przepis)
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- szczypta cynamonu (proponuję ok.pół łyżeczki lub więcej jeśli lubicie)
- 1,5 kg jabłek
- 3/4 kostki masła (ze względu na zmniejszenie porcji ja dałam pół kostki)

Przygotujcie blachę lub tortownicę (ja piekłam w silikonowej małej formie, więc nie musiałam wykładać jej papierem do pieczenia czy smarować masłem). Rozgrzejcie piekarnik do 180 stopni. Obierzcie jabłka i zetrzyjcie je na tarce o grubych oczkach. Wymieszajcie wszystkie suche składniki i podzielcie je na trzy części. 
Do blachy/tortownicy/formy wsypcie jedną część suchych składników, następnie połóżcie na to połowę startych jabłek. Ponownie wsypcie suche składniki (druga część) i rozłóżcie drugą połowę jabłek. Na to sypiemy ostatnią część suchych składników. Masło zetrzyjcie na tarce o grubych oczkach. I równomiernie rozłóżcie na przygotowanych warstwach ciasta.
Skorzystałam z rady Doroty z Moich Wypieków i włożyłam masło na kilka chwil do zamrażarki - lepiej je wtedy zetrzeć - Wam też polecam ten sposób. 
Wstawcie ciasto do rozgrzanego wcześniej piekarnika i pieczcie ok. godziny. 
Jak to się udaje? Masło topi się i wnika w warstwy ciasta razem z sokiem z jabłek. 

Polecam zabieganym i zapracowanym :-)

Pozdrawiam wiosennie!

środa, 13 lutego 2013

O zimowych spacerach i meksykańskiej zupie z guacamole

W piękne słoneczne weekendy zabieramy Małego na dłuższe spacery. W ten miniony nasz (prawie) 6 - miesięczny bobas po raz pierwszy zobaczył morze. Nie wyglądał na bardzo wzruszonego. Może to przychodzi z czasem...? ;-) Sopot poza sezonem to uroczy kurort pełen uśmiechniętych mieszkańców i miejsc do odwiedzenia. Po powrocie rozgrzewamy się zupą. Idealna na polskie zimowe dni. Daje energię, siłę i potężną dawkę koloru. W tle koniecznie trzeba puścić latynoskie rytmy. Słońce za oknem. I jakby wiosna...?

Meksykańska zupa z guacamole
Składniki (4 spore porcje):
- 250 g mięsa mielonego
- pół dużej cebuli (lub jedna mała)
- pół świeżego chilli (można mniej, jak ktoś nie lubi pikantnych potraw)
- ząbek czosnku
- 1 czerwona papryka
- puszka pomidorów
- przecier pomidorowy (kilka łyżek)
- kilka łyżek kukurydzy lub fasoli czerwonej (albo jedno i drugie - wedle uznania)
- ok.0,5 - 0,75 l wody

W rondlu na rozgrzanej oliwie podsmażam do zrumienienia mięso mielone z dodatkiem posiekanego czosnku i cebuli. Dodaję pokrojone chilli i smażę 3 - 4 minuty. Czerwoną paprykę kroję w kostkę i dorzucam do reszty składników. Smażę kilka minut. Dodaję puszkę pomidorów i 0,5 l wody. Doprowadzam do wrzenia, zmniejszam ogień (moc płyty do 3-4) i gotuję tak ok.15 minut. Dodaję przecier pomidorowy. Jeżeli potrzeba (kwestia upodobań dotyczących gęstości zupy) - dodaję więcej wody. Na końcu wrzucam kukurydzę (i/lub fasolę). Zupę można jeść samodzielnie, można podać z ryżem. 

My zjedliśmy ją z kleksem świeżego guacamole. 





Guacamole
- 1 awokado
- 1 mała czerwona cebula
- 1/4 świeżego chilli
- ząbek czosnku
- sok wyciśnięty z połowy limonki (w razie potrzeby można dodać sok z drugiej połowy)
- sól
Awokado obieram i rozgniatam widelcem. Skrapiam sokiem z limonki i dodaję posiekane chilli, pokrojoną cebulę i wyciśnięty ząbek czosnku. Doprawiam solą. 

I to tyle. Kawałek latynoskiego słońca. 

piątek, 8 lutego 2013

Pęczak z warzywami

Nasze postanowienie o jedzeniu większej ilości warzyw całkiem nieźle udaje się nam realizować. Myślę, że razem z nadchodzącą wiosną będzie jeszcze lepiej. Póki co korzystam z tego co jest. 
Tradycyjnie - szybko, łatwo i smacznie :-) 
O zdrowotnych właściwościach kaszy rozpisywać się nie będę. Tym, którzy nie próbowali pęczaku - polecam. Danie trochę podobne do włoskiego risotta. Spotkałam się już z nazwą pęczotto. Całkiem ładna, prawda? ;-) Nie wykańczałam jednak całości masłem i parmezanem. 
Pełna dowolność jeśli chodzi o składniki, chociaż połączenie pora, marchewki i brokułów jest naprawdę udane. Spróbujcie i wypracujcie własną wersję. W sam raz na lutowe niezdecydowanie pogody. Talerz parującej kaszy i warzyw odgania wszystkie złe myśli.


Pęczak z warzywami

Składniki (na 2 - 3 porcje)
 - 2 filiżanki kaszy pęczak
- 1 średnia marchewka
- kilka różyczek brokuła (u mnie ok.250 g)
- 1 średni por
- czosnek
- ok.0,5 l bulionu warzywnego lub wody
- zioła prowansalskie (ok. łyżeczki)
- sól, pieprz


Zacznijcie od pokrojenia pora, czosnku i marchewki. Na rozgrzanej oliwie z oliwek smażymy (mieszając) por i czosnek kilka minut. Następnie wrzucamy kaszę i pozwalamy wchłonąć aromaty oraz się zeszklić. Dodajemy marchewkę. Po chwili zaczynamy dolewać bulionu. Wlewamy ok.150 ml i czekamy, aż kasza go wchłonie. Dolewamy kolejną porcję (ok.200 ml), solimy, pieprzymy i przykrywamy danie na kilka minut. Następnie znowu dolewamy bulionu i doprawiamy ziołami prowansalskimi. Wrzucamy różyczki brokuła na ostatnie kilka minut (nie pozwólcie im się rozgotować bo będą niesmaczne) i mieszamy. Jak tylko kasza wchłonie cały bulion musimy ją posmakować. Jeśli jest gotowa - można podawać, jeśli nie, to dolewamy jeszcze trochę bulionu i czekamy kolejne parę minut. 



Nie jest to danie, które można zostawić, żeby robiło się samo. Wymaga kilku chwil uwagi i mieszania. Podobnie jak risotto. Odwdzięczy Wam się jednak smakiem. Obiecuję! :-) 


Smacznego! 


środa, 30 stycznia 2013

Zupa z czerwonej soczewicy

Zapytałam na FB, co byście chcieli tu zobaczyć. Bardziej przekonały mnie argumenty zwolenników zupy :-) Oto i ona. 
A o cieście oczywiście też pamiętam. Znajdzie swój moment na pewno. 
Ta zupa to efekt eksperymentów A. i moich. Tak nam zasmakowała w naszej ulubionej indyjskiej knajpie, że metodą prób i błędów wypracowałyśmy swoją wersję. Prawie identyczną z pierwowzorem. Dla nas idealną. Pamiętam to mieszanie w garnkach w wynajmowanym mieszkaniu kilka lat temu. Próbowanie kolejnych łyków i ... więcej chilli, więcej curry, mniej soli itp. Robiąc ostatnią wersję dodałam składnik, którego wcześniej nie stosowałyśmy - kmin rzymski. I...olśnienie. Tego brakowało! 

Zupa z czerwonej soczewicy (z dedykacją dla A. :-) )
4 solidne porcje 
- 1 cebula
- 2 ząbki czosnku
- pół świeżego chilli
- 1 duża marchewka (lub 2 średnie)
- 180 - 200 g czerwonej soczewicy (dwie duże garście) 
- łyżeczka kurkumy
- łyżeczka curry
- łyżeczka kminu rzymskiego
- sól, pieprz
- oliwa z oliwek
- 1 litr wody/może być też oczywiście bulion warzywny

Do podania opcjonalnie: plastry cytryny, ugotowany ryż, indyjski chlebek naan

Na suchej patelni uprażcie łyżeczkę kminu rzymskiego. Będzie gotowy jak zacznie intensywnie pachnieć - trwa to ok.2-3 minut. Następnie utrzyjcie go w moździerzu z resztą przypraw. Jeśli nie macie moździerza - po prostu omińcie ten krok. W rondlu rozgrzejcie oliwę z oliwek i wrzućcie do niego pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek (posiekany w plasterki). Pozwólcie im się zeszklić. Zaraz potem w rondlu powinny wylądować przyprawy z moździerza. Dorzućcie pokrojoną w półplasterki marchewkę i posiekane chilli (odważnym i lubiącym pikantne smaki polecam pół świeżego chilli razem z pestkami, jak ktoś nie lubi/nie może jeść bardzo pikantnych potraw niech wyjmie z chilli pestki i zmniejszy jego ilość np. do 1/4). Przesmażcie wszystko kilka minut i dorzućcie soczewicę. Mieszając smażcie wszystko z przyprawami ok. 3 - 4 minut. Następnie wlejcie litr wody, przykryjcie wszystko pokrywką i gotujcie ok.15 - 20 minut na wolnym ogniu. Po tym czasie sprawdźcie czy zupa nie jest za gęsta. Jeśli tak - dolejcie wody i pogotujcie jeszcze kilka minut. Soczewica i marchew muszą być miękkie, a zupa musi mieć wyrazisty smak. Jeśli wg Was brakuje soli, pieprzu - doprawcie według Waszego uznania. Jak zupa trochę przestygnie zmiksujcie ją. Nie musi być idealnie gładka. Jeśli nie lubicie zup kremów, mogą zostać większe kawałki marchewki. Jeśli wyszła Wam zbyt pikantna możecie użyć śmietany dla złagodzenia smaku. 

Zupa naprawdę jest przepyszna, a przy tym tania i sycąca. Podajcie ją koniecznie z plastrem cytryny (zobaczycie jak wzbogaca smak!) i ryżem. 

Smacznego! :-) 

piątek, 25 stycznia 2013

Ze starego zeszytu... Rogaliki drożdżowe mojej babci.

Zawsze mi się wydawało, że upieczenie takich rogali, jakie robi moja babcia, będzie tzw."wyższą szkołą jazdy". Nie było aż tak źle. Przeczytałam, pogłówkowałam, przypomniałam sobie smak i sposób wyrabiania ciasta. Wyszło :-) 
Tym samym zaczynam na blogu nowy cykl "Stary zeszyt". Co jakiś czas będę tu umieszczać przepisy znalezione w starym szarym rodzinnym zeszycie lub zasłyszane od babci (mistrzyni wypieków wszelkich!).
Domowe, pachnące, pyszne. Najlepsze oczywiście jeszcze ciepłe! Nie słuchajcie tych bzdur, że nie można jeść ciepłego ciasta. Jadłam nie raz - nic mi nie było ;-) Podobne rzeczy słyszałam o wyjadaniu surowego ciasta z miski. Nie powinnam może tego mówić, ale...to również nieprawda! Od razu widzę stół w kuchni moich dziadków, blaszane miski, w których babcia zawsze wyrabia ciasto i mój zachwyt w oczach, kiedy się temu przyglądałam.

Tymi rogalami pachnie cały dom (a nawet klatka schodowa!), są pyszne jeszcze czwartego i piątego dnia po upieczeniu (o ich dalszych losach nic nie wiem, bo je zjedliśmy...:-) ). Nadziewajcie dowolnie - dżemem, powidłami, owocami, kawałkami czekolady. Można polać lukrem po upieczeniu. Ja wolałam deserową czekoladę. 
Na weekend zdążycie je upiec, bo robi się je bardzo szybko. 
I pamiętajcie o swoich babciach - nie tylko od święta. Bez nich dzieciństwo nie byłoby takie samo. Przynajmniej moje. Bo moje pachnie domowym ciastem - zawsze mieszanym łyżką i wyrabianym ręcznie, wanilią i lukrem. 


 Składniki: 
- 1 kostka margaryny
- 1 kg mąki
- 2 jajka
- 1 szklanka cukru
- 10 dkg drożdży
- 2 łyżki mleka
- nadzienie: powidła/dżem/jabłka/czekolada 

Przyznam, że robiłam z połowy porcji (wszystko na pół, ale zachowałam 2 jajka), bo 1 kg mąki to dla mnie za dużo :-)Ale wszystko zależy od ilości domowników i ewentualnych gości. Przepis podaję w oryginale. 


Drożdże zasypać cukrem, dolać 2 łyżki mleka, zamieszać i odstawić na chwilę. W międzyczasie mąkę przesiekać z margaryną, dodać jajka, przesiekać, dodać wyrośnięte drożdże i przesiekać. Zagnieść ciasto. Ma być dość sprężyste i nie kleić się do rąk. Rozwałkować i kroić w trójkąty. Na każdy z nich ułożyć łyżeczkę nadzienia/kawałek czekolady lub jabłka. Zwinąć rogale. Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Piec około 30-35 minut. Jak ostygną polać roztopioną w kąpieli wodnej z odrobiną śmietany czekoladą lub lukrem. 

Smacznego! :-)