czwartek, 30 maja 2013

Placki na słodko z jabłkami i śliwkami

Danie kojarzące się dzieciństwem, z wakacyjnym bieganiem po podwórku, czy też ogrodzie dziadków. Wpadało się do domu na chwilę, jak po ogień, brało się w małe rączki placek, albo dwa i biegło się dalej... Nie liczyły się małe i duże problemy tego świata. Liczyło się słońce, zielona trawa i wakacje. Szkoda czasu na siedzenie przy stole, szkoda czasu na używanie sztućców. Trzeba biec dalej, łapać nowe.

Teraz rozkoszuję się jedzeniem takich placków na spokojnie, widelcem i nożem, z kleksem naturalnego jogurtu i szczyptą cynamonu. Tyle że nadal jestem skłonna jeść palcami, w biegu, bo tak lepiej smakuje...

Zapraszam Was na placki z owocami. Świetne na piknik, czy też w sytuacji, kiedy mamy do wykarmienia gromadę dzieci :-) Najlepsze, kiedy robi je babcia, ale cóż... staram się jak mogę ;-)

Placki z jabłkami i śliwkami
przepis własny

Składniki:


do odmierzania użyłam kubka o pojemności 250ml
- 2 kubki mąki
- 3/4 kubka cukru
- 2 jajka
- 1,5 kubka mleka
- łyżka proszku do pieczenia
- łyżka cukru waniliowego
- szczypta soli
- 1/2 łyżeczki cynamonu

- 2 jabłka pokrojone w kostkę
- kilka śliwek (poza sezonem mogą być ze słoika - ja użyłam właśnie takich)
Owoce mogą być dowolne, w zależności od zawartości lodówki czy spiżarni. 

Mieszamy wszystkie składniki ciasta. Najlepiej mikserem, ale łyżka też da radę ;-) Kroimy jabłka w kostkę, śliwki na połówki, dodajemy je do ciasta. Ciasto musi mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany. Jeśli tak nie jest dodajcie trochę więcej mąki lub mleka.

Smażymy placki na rozgrzanej patelni, rozgrzewając uprzednio na niej łyżkę oleju rzepakowego. 2 - 3 minuty z każdej strony - aż się dobrze zrumienią.



Podajemy z cukrem pudrem - jeśli zdążymy posypać, bo może się tak zdarzyć, że przeszkodzą nam jakieś małe (albo duże!) rączki... :-) Może być też jogurt naturalny lub gęsta śmietana.

Doskonałe też na zimno, dlatego idealne na piknik.

Smacznego!

Czas na piknik z home&you
p.s. wpis bierze udział w piknikowej akcji prowadzonej przez usagi

czwartek, 16 maja 2013

Faszerowane buraki...czyli ostatnie zapasy przed botwinką

Tak właśnie. Zima już dawno (?) zniknęła. Ba, nawet nie pamiętam że była. Wiosna ma to do siebie (maj tym bardziej), że wymazuje złe wspomnienia ;-) I wszystko zaczyna się układać. Oby tak dalej i wciąż. 
Dziś kupiłam już pierwszą w tym roku botwinkę, ale tutaj będą jeszcze ostatnie, zabłąkane w lodówce buraki. Przepis na faszerowane buraki dojrzałam w nowym KUKBUKU, ale ponieważ nie chciałam robić mięsnego dania, pokombinowałam po swojemu. 
Mój mąż stwierdził, że za dużo buraka w tym daniu i woli go w zupie, albo jako dodatek, ale ja jestem zachwycona. Buraki okazały się bardzo syte, a podane z lekką sałatą stanowiły pełne obiadowe danie.  Danie idealne również na lunch do pracy (farsz można też zabrać po prostu jako sałatkę). 

Buraki faszerowane kaszą jaglaną i fetą
inspiracja - KUKBUK, przepis własny

Składniki (na 2 duże porcje)
- 3 spore buraki
- filiżanka kaszy jaglanej
- pół opakowania fety/sera typu bałkańskiego
- garść natki pietruszki
- ew. świeżo zmielony pieprz


Buraki umyjcie dokładnie, osuszcie, ponakłuwajcie widelcem w kilku miejscach i zawińcie w folię aluminiową. Pieczcie w piekarniku rozgrzanym do 180-190 stopni ok.godziny (muszą być miękkie w środku). Można to zrobić dzień wcześniej, albo przy okazji pieczenia czegoś innego. Po wystudzeniu upieczone buraki dobrze się przechowują w lodówce.
Ugotujcie kaszę jaglaną na sypko wg instrukcji na opakowaniu (zazwyczaj ok.15 min w posolonym wrzątku z dodatkiem łyżeczki oliwy).
Przestudzone buraki przekrójcie na pół i wydrążcie środek tworząc "łódeczki". Miąższ pokrójcie w kostkę (wielkość wg uznania), dodajcie pokrojoną w kostkę fetę, ugotowaną kaszę i posiekaną natkę pietruszki. Wymieszajcie. Nafaszerujcie tą sałatką (idealna również jako osobne danie) łódeczki z buraków i zapieczcie w piekarniku ok.15 min w 180 stopniach. 

Podawajcie z sałatą albo solo. Można posypać jeszcze odrobiną fety i natką pietruszki.
Smacznego :-)!

Przepis bierze udział w durszlakowej akcji Wegetariański obiad.


wtorek, 23 kwietnia 2013

Chleb żytnio - pszenny na zakwasie czyli część I chlebowego szaleństwa

Od ponad dwóch lat podpatrywałam osoby piekące chleb, czytałam o ich zakwasach żytnich, pszennych etc. Piekłam czasami bułki, chałki, chleby na drożdżach. Wszystko dość łatwe, jeśli przestrzega się podanych proporcji. Z czasem można dowolnie modyfikować przepisy - dodawać przypraw, ziół i czego tylko dusza zapragnie. 
Zakwas i chleby pieczone z jego użyciem wydawały mi się czarną magią i karkołomnym przedsięwzięciem. A jednak...! Krok po kroku i mam. Swój własny żytni zakwas*. I od kilku tygodni nie kupujemy pieczywa - piekę chleb w domu, a mąż dopytuje tylko "jaki chlebek dzisiaj?" :-) Pisać mogłabym sporo - i na pewno nie raz tak zrobię. Dziś napiszę tylko jedno - zapach domu, w którym piecze się chleb, jest niepowtarzalny. Smak własnoręcznie upieczonego chleba jest nie do opisania :-) Zakwas nie jest trudny, to tylko mąka i woda. Potrzeba mu po prostu czasu i uwagi.
Co dwa dni wyskakują z mojego piekarnika kolejne bochenki. Przeglądam dziesiątki (jeśli nie setki) stron internetowych, czytam każdy artykuł o chlebie, jaki wpadnie mi w ręce. Mąż kupił mi moją pierwszą książkę z przepisami na domowy chleb. Wpadłam po uszy... Bardzo podoba mi się to uzależnienie. Cieszę się, że mój dom, ten który tworzę tu, w Gdańsku, pachnie chlebem...

Pierwszy, który upiekłam na własnoręcznie wyhodowanym zakwasie, to żytnio - pszenny chleb. Z podanej porcji wychodzą mi zawsze dwa spore bochenki. Posypuję je przed pieczeniem mąką lub pestkami dyni czy słonecznika. Jest pyszny. W weekend poczęstuję nim moich rodziców, którzy przyjeżdżają w odwiedziny. 

Chleby na zakwasie wymagają czasu i dlatego zazwyczaj zaczyna się ich przygotowywanie dzień wcześniej tj. od przygotowania zaczynu, który potrzebuje od kilku do kilkunastu godzin na fermentację. Następnie wyrabiamy ciasto właściwe, które odstawiamy też na jakiś czas (od kilkudziesięciu minut do kilku godzin) do rośnięcia. Później pieczemy i delektujemy się smakiem własnego chleba :-)

Chleb żytnio - pszenny na zakwasie żytnim
(przepis z pracowniawypiekow.blogspot.com, znajdziecie go tutaj)


Składniki: 
Zaczyn:
- 360 g mąki żytniej (720)
- 300 g wody
- 20 g zakwasu żytniego (2 łyżki)

Wszystkie składniki zaczynu mieszamy w misce (wystarczy łyżką, do połączenia składników) i zostawiamy na 12 - 16 godzin.

Ciasto właściwe: 
- 230 g mąki żytniej (720)
- 300 g mąki pszennej
- 400 g wody
- łyżeczka soli
- łyżeczka drożdży suszonych instant
- cały zaczyn

Do zaczynu dodajemy wszystkie pozostałe składniki i mieszamy dokładnie ciasto. Przykrywamy ściereczką. Odstawiamy do rośnięcia na 30 - 60 minut (zależy jak ciepło macie w kuchni). 
Następnie przekładamy ciasto do foremek (silikonowych nie trzeba niczym smarować, blachy smarujemy olejem i wysypujemy otrębami/ew. kaszką manną). Zostawiamy do rośnięcia pod przykryciem na 50 - 60 minut. Rozgrzewamy piekarnik do 230 stopni (grzałka góra - dół). Posypujemy wyrośnięte chleby mąką/pestkami dyni/pestkami słonecznika - czym lubimy. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy 15 minut w 230 stopniach, a następnie zmniejszamy temperaturę do 220 stopni i pieczemy dalej 30 - 40 minut. 

Upieczony chleb jest ładnie zrumieniony i popukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Wyjmujemy z foremek/blach i studzimy. Kroimy po ostudzeniu. 

Potem wpadamy w chlebowe szaleństwo i pieczemy częściej... ;-) 

Smacznego! 
* korzystałam z instrukcji podanej przez Liskę w Pracowni Wypieków

piątek, 19 kwietnia 2013

Kasza jaglana - idealne drugie śniadanie

Powrót do obowiązków teoretycznie powinien oznaczać mniej czasu. Dla siebie, dla rodziny, dla znajomych. Okazuje się, że nie jest tak źle. Dzięki wyrozumiałości (póki co!) szefostwa mam szansę robić wiele rzeczy po swojemu. Rodzą się nowe pomysły i idee, tradycyjnie mnóstwo planów i marzeń...

Wyjęłam z piekarnika chleb (o którym na pewno jeszcze napiszę), spojrzałam przez okno (na parapecie pierwsze doniczki z ziołami), zobaczyłam nasz balkon (wreszcie wygląda jak trzeba - już nie mogę się doczekać kawy przy nowym stoliku) i się uśmiechnęłam :-)
Dobrze jest. Oby tak dalej :-) !

Jedliście już kaszę jaglaną? Ja kilka lat temu trafiłam przypadkiem na artykuł o niej. Spróbowałam i ... nie ukrywam - szału nie było... Dopiero przy drugiej czy trzeciej próbie, kiedy doprawiłam ją po swojemu, powiedziałam: dobre! I tak już zostało. Teraz rączki wyciąga po nią nawet moje 8 - miesięczne dziecko. O wykorzystaniu jej w wersji wytrawnej na pewno jeszcze napiszę. Póki co - pomysł idealny na drugie śniadanie lub lunch (przygotowany rano lub dzień wcześniej - wtedy jej nie zapiekamy - można z powodzeniem zabrać do pracy).


Kasza jaglana z jabłkiem i rodzynkami

Składniki (na jedną większą lub dwie mniejsze porcje):
- filiżanka kaszy jaglanej
- 1 jabłko
- garść rodzynek
- łyżka migdałów w płatkach
- 1/3 łyżeczki cynamonu
- łyżka miodu
- łyżka masła
- szczypta soli




Kaszę jaglaną ugotujcie wg instrukcji na opakowaniu (ja gotuję w wodzie, ale można przygotować też w mleku) - zazwyczaj gotowana ok. 15 minut w proporcjach mniej więcej 1 filiżanka kaszy na 2,5 filiżanki wrzątku/mleka. Do gotującej się kaszy dodajcie szczyptę soli i łyżkę masła. Jabłko pozbawcie gniazd nasiennych i pokrójcie w kostkę (ew. plastry). Nie musicie go obierać. 
Kiedy kasza będzie prawie gotowa (1 - 2 minuty przed końcem gotowania) wymieszajcie ją z jabłkiem, rodzynkami i migdałami. Doprawcie cynamonem i dodajcie miodu. 
Ja swoją porcję zapiekłam jeszcze w piekarniku rozgrzanym do 160 stopni przez 10 minut. Całość nabiera fajnego aromatu, miód się rozpuszcza, smaki się przenikają. Nie musicie jednak tego robić. 

Jaglanka, bo tak potocznie nazywa się tą kaszę, jest bardzo syta, a odpowiednio doprawiona - naprawdę bardzo smaczna. Musicie uwierzyć na słowo, albo zrobić własną wersję. Myślę, że wiele owoców będzie tu odpowiednich :-) 

Smacznego! 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Tarta z malinami na 1 urodziny bloga...

Marzec obfituje w mojej rodzinie w kilka urodzinowych i imieninowych okazji. Dla uczczenia jednej z nich piekłam tę tartę. Znalazłam ją (niezawodnie!) tutaj, u Małgosi. Dodałam tylko maliny. Bo je uwielbiam, bo kojarzą mi się z latem, które było nam w tamtej chwili baaardzo potrzebne. Tarta czekała na publikację dobrych kilka tygodni...

I tak marzec marcem, ale zastał mnie już kwiecień (ach, te powroty do pracy...) i właśnie minął rok od pierwszego wpisu na blogu. Dlatego dziś, urodzinowo, życząc Wam coraz większej przyjemności z odwiedzania tej strony, sobie coraz lepszych potraw i zdjęć i blogowi 100 lat, przedstawiam TARTĘ Z MALINAMI. 

Składniki: 
(forma na tartę o średnicy 26 cm)

Na spód: 
- 240 g mąki
- 150 g zimnego masła
- 30 g cukru
- 1 jajko
- szczypta soli
- ok. 1/2 łyżki zimnej wody (u mnie 1 łyżka)

Masa śmietanowo - jajeczna: 
- 3 jajka 
- 60 g cukru
- 200 g śmietany 36%

Dodatkowo:
- 60 g mielonych migdałów
- 40 g jasnego cukru trzcinowego (u mnie biały zwykły)
- ok. 300 g owoców (u mnie maliny)

Mąkę przesiekać z masłem pokrojonym w kostkę, rozcierać do utworzenia grudek. Następnie dodać cukier, sól i jajko. Na końcu wodę. Zagnieść ciasto, aby można uformować kulę. Schować ją do lodówki na ok. 30 min. W tym czasie: ubić jajka z cukrem i dodać śmietanę. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni (grzałki góra - dół). Mielone migdały mieszamy z cukrem. Ciasto wyjmujemy z lodówki i wałkujemy (koło o średnicy o kilka cm większe niż nasza forma). Wylepiamy nim formę wcześniej wysmarowaną masłem. Podpiekamy ok.20 min. Wyjmujemy (nie wyłączamy piekarnika!), studzimy chwilę, wysypujemy podpieczone ciasto mieszanką migdałów i cukru. Wsypujemy owoce i zalewamy wszystko masą śmietanowo - jajeczną. Wszystko ląduje ponownie w piekarniku na ok. 45 minut. Masa musi się zrumienić i być ścięta. Kroimy dopiero, gdy ostygnie. 

Smacznego i najlepszego! ;-) 

środa, 3 kwietnia 2013

Grecka uczta, czyli przeganiamy zimę (pita, keftedes i tzatziki)

Urodziny mojego męża należały do pizzy i włoskiego stylu - zgodnie z życzeniem jubilata. Kolejny dzień to była uczta grecka. Wszystko w ramach odganiania zimy.

Na wspomnienie wakacji na Krecie zawsze się uśmiechamy - czy to z rodzicami, z którymi pojechaliśmy tam kiedyś z okazji ich rocznicy ślubu, czy z moim mężem, z którym byłam tam w naszej podróży poślubnej. Jak sami widzicie Kreta, Grecja i wszystko co związane z tym klimatem, bardzo dobrze mi się kojarzy.


Upiekłam greckie pity, zrobiłam keftedes (greckie klopsiki) i tzatziki. Do tego feta i oliwa. Do gorącej pity każdy wkładał to, na co miał ochotę.
Zamarzyły nam się wakacje... A na pewno zrobiło się cieplej. Zimo - precz!

Greckie chlebki pita
przepis pochodzi z książki: "Domowy chleb, bułki i bułeczki" pod red.Anny Wrońskiej

Składniki (na 5 - 6 sztuk):
- 500 g mąki pszennej (typ 450)
- 1 saszetka drożdży suszonych (7 g)
- 1,5 łyżeczki soli
- 1,5 łyżeczki cukru
- 2 łyżki oliwy
- 250 - 300 ml ciepłej wody

Mąkę mieszamy z drożdżami, dodajemy sól, cukier, oliwę i tyle ciepłej wody, ile będzie konieczne, aby dało się zagnieść gładkie, elastyczne ciasto chlebowe (konsystencja podobna do tego na pizzę). Wkładamy je do miski, przykrywamy lnianą ściereczką i pozostawiamy w ciepłym miejscu, aby podwoiło objętość - nie powinno to trwać dłużej niż 25 - 30 minut. Zagniatamy ciasto jeszcze raz, dzielimy je na 5 - 6 kawałków. Blachę lekko natłuszczamy, wyściełamy papierem do pieczenia (wyłożyłam ją po prostu folią aluminiową), wstawiamy do piekarnika i ustawiamy temperaturę na 225 stopni. Na dnie stawiamy żaroodporną miseczkę z gorącą wodą. Kawałki ciasta zagniatamy jeszcze raz, spłaszczamy dłonią na placki o średnicy mniej więcej 12 cm. Rozgrzaną blachę wyjmujemy z piekarnika, układamy na niej placki, pieczemy 12 - 13 minut (grzałki góra - dół).

Keftedes czyli greckie klopsiki (przepis własny na podstawie wspomnień i przeczytanych przepisów)
Składniki (na 16 - 18 sztuk)
- 250 g mięsa mielonego (u mnie wieprzowe, ale idealna byłaby jagnięcina)
- 1 jajko
- 1 łyżka bułki tartej
- 1 łyżka oregano
- łyżeczka suszonych pomidorów (nie tych z zalewy!)
- pół łyżeczki soli
- pół łyżeczki pieprzu
- pół łyżeczki chilli
- pół łyżeczki bazylii

Wyrabiamy mięso z resztą składników, lepimy niewielkie kulki, smażymy na oliwie z oliwek, na rozgrzanej patelni.

Tzatziki
Składniki: 
- opakowanie jogurtu greckiego (400 g)
- 2 ząbki czosnku
- świeży ogórek
- sól, pieprz
- kilka kropel soku z cytryny (do smaku)
- opcjonalnie: łyżeczka oregano

Ogórek zetrzeć na tarce o grubych oczkach, odcisnąć z niego wodę. Dodać go do jogurtu. Wycisnąć dwa ząbki czosnku, dodać resztę przypraw, wymieszać. Posmakować - jeśli niczego nie brakuje odstawić na godzinę, żeby smaki się przegryzły.



Ucztę czas zacząć... :-)
Smacznego!

sobota, 30 marca 2013

Wielkanocnie

Kochani, wiosny w sercach (na przekór temu, co za oknem!), dobrej atmosfery, czasu wśród tych, których kochacie i oczywiście samych pyszności :-) 
U mnie (a właściwie u rodziców, gdzie jestem) już chłodzi się mój sernik, a "święcone" czeka na poranne spotkanie...
Najlepszego!

Monika

środa, 27 marca 2013

Zupa selerowa i placki warzywne czyli obiad za 5 zł ;-)

Mimo końcówki marca zima nie chce odpuścić. Temperatura oscyluje wokół zera i tylko słońce wysoko na niebie potrafi poprawić nastrój. Jeśli zima to zostajemy wśród warzyw korzeniowych. Po lekturze kilku artykułów i przepisów wykonałam dwa własne. I wiecie co? Okazało się, że najedliśmy się z mężem za jakieś 5 zł. Obiad z dwóch dań. Nie myślałam, że to jeszcze możliwe ;-) 
Inspiracje znalazłam w Wysokich Obcasach (przepis Marty Gessler na zupę) i Smakach Życia (cykl o warzywach korzeniowych Małgosi Dzięgielewskiej z pieprzczywanilia.blogspot.com). Posprawdzałam, poszłam na zakupy i wyszły z tego dwa pyszne dania. Panie i Panowie, zapraszam na zupę krem z selera (zaskakująco dobra!) i placki warzywne. Odczarowałam seler, który jako dziecko wyjmowałam z wszystkich zup i omijałam szerokim łukiem. Okazuje się, że dobry. Nawet bardzo. Was też do tych korzeniowych czarów zachęcam. Warto czasami zjeść coś innego. 


Za zdjęcia jedynie Was przepraszam - ani seler nie należy do fotogenicznych, ani zupy kremy. Poza tym pośpiech to zły doradca. Następnym razem starcie z selerem będzie lepiej sfotografowane ;-)

Zupa krem z selera


Składniki (3 - 4 porcje):

- ok. 200 g selera (u mnie 1/4 sporej główki)
- 1 średnia marchewka
- pół cebuli
- ząbek czosnku
- łyżka oliwy z oliwek
- 500 - 600 ml wody/ew.bulionu
- szczypta (ok. 1/4 łyżeczki) soli i pieprzu oraz gałki muszkatołowej

Cebulę i czosnek kroimy w kostkę i smażymy na oliwie, aż zmiękną. Dodajemy obrane i pokrojone w kostkę warzywa (marchew i seler). Dajemy im wzajemnie przejść aromatami. Zalewamy wszystko wodą/bulionem i gotujemy do miękkości warzyw. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Zupę miksujemy. W razie konieczności dodajemy jeszcze trochę wody/bulionu i/lub doprawiamy. 

Placki warzywne
Składniki (ok.20 placków):
- ok. 400 g selera (u mnie 1/2 sporej główki)
- 1 średnia marchewka
- 2 duże ziemniaki
- 1 jajko 
- 3 - 4 łyżki mąki
- sól, pieprz

Warzywa obieramy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Dodajemy jajko i mąkę. Mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem. Jeśli masa jest za rzadka, dodajemy jeszcze łyżkę mąki. Smażymy na oleju rzepakowym do zrumienienia z każdej strony. Jeden placek = jedna czubata łyżka stołowa masy. 
Placki podałam z sosem majonezowym (2 łyżki keczupu + 2 łyżki majonezu).

Smacznego :-) 

czwartek, 14 marca 2013

O owsiano - marchewkowych bułeczkach i paście kanapkowej

W Gdańsku jest tylko jedna (niewielka) piekarnia, która jest w stanie nas skusić swoimi wypiekami. Jak tylko tam jesteśmy kupujemy kilka bochenków i mrozimy. Jeśli nie mamy mrożonych zapasów kupujemy oczywiście gdzie indziej, często w tzw.przelocie. Ale... coraz rzadziej. 
Nastawiłam pierwszy w życiu zakwas. Ambitny plan zakłada wypiekanie własnego chleba. Ten sklepowy naprawdę przestał nam smakować odkąd sama zaczęłam robić bułki, czy chleby drożdżowe. 

Wpadłam w wir gotowania i pieczenia. Staram się wykorzystać każdą chwilę, bo tych wolnych przedpołudniowych godzin niewiele mi już zostało. Czytam, przeglądam, sprawdzam, smakuję. 
Dziś komplet - pieczywo i pasta kanapkowa.
Bułeczki z płatkami owsianymi i marchewką bardzo nam smakowały, na stałe wchodzą do mojego repertuaru. Przepis znalazłam u niezawodnej pani Doroty TUTAJ. 

Bułeczki owsiano - marchewkowe
Składniki (na 12 sztuk):
- 300 ml letniej wody
- 7 g drożdży suszonych lub 15 g świeżych
- 1/2 - 1 łyżeczka soli
- 450 g mąki pszennej chlebowej (ja użyłam mąki pszennej luksusowej typ 550)
- 50 g płatków owsianych (dałam ok. trzech czubatych łyżek)
-  1 łyżka oleju rzepakowego
- 100 g marchewki startej na drobnych oczkach (u mnie dwie niewielkie marchewki)

Drożdże rozpuścić w wodzie, dodać sól i 300 g mąki. Wymieszać i zagniatać delikatnie ciasto kilka minut na omączonej powierzchni (wyrabiałam ciasto w misce i podsypywałam lekko mąką). Dodać płatki i olej dalej wyrabiając. Na końcu dodać marchewkę i resztę mąki (ok.150 g). Wyrabiać ciasto kilka minut. Nie może się kleić. Musi być gładkie i elastyczne. Uformować kulę i odłożyć przykryte czystą ściereczką do wyrośnięcia - ma podwoić objętość (u mnie było to trochę ponad godzinę). Po tym czasie zagnieść ciasto przez dosłownie chwilę i podzielić je na 12 części. Obtoczyć każdą z nich w mące i ułożyć na blaszce wysypanej lekko mąką. Odstawić bułki do ponownego rośnięcia na ok.30 minut. W międzyczasie rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Piec bułki około 15 minut (u mnie prawie 20) lub do zrumienienia. 
Bułki są mięciutkie, ale treściwe. Nam bardzo smakowały. Piekłam je popołudniu na kolację i śniadanie. Bez problemu zachowały świeżość do rana. 



A dziś przy okazji robienia zupy fasolowej z nadwyżki białej fasoli zrobiłam pastę do chleba. Ponieważ eksperyment się udał, na pewno powtórzę ten przepis. 

Pasta do pieczywa z białej fasoli (pomysł własny)
Składniki (na 3 - 4 kromki):
- duża garść białej fasoli (namoczonej dzień wcześniej) 
- mały ząbek czosnku (ew.pół ząbka, jeśli nie lubicie czosnkowego posmaku)
- 2 łyżki wody z gotowania fasoli
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- szczypta soli
- szczypta suszonych pomidorów z oregano (opcjonalnie)
- szczypta kminu rzymskiego

Fasolę ugotować do miękkości. Odcedzić zostawiając ok. dwóch łyżek wody z gotowania. Fasolę, czosnek, oliwę i przyprawy wrzucić do blendera. Zmiksować. W razie potrzeby dodać wodę z gotowania. Posmakować. Ewentualnie doprawić do smaku. Polecam!

Smacznego :-) 

wtorek, 5 marca 2013

KUKBUKowa drożdżówka z kruszonką (łatwa!!!)

Przepis miał być wczoraj, ale nasze dziecko tak zareagowało na poranne szczepienie, że nawet do głowy mi nie przyszło siadanie na dłużej do komputera. Kilka godzin totalnego płaczu trudnego do uspokojenia zorganizowało nam wieczór ;-) A rano dziecko było jak nowo narodzone...

Chyba właśnie na takie dni dobra jest łatwa drożdżówka. Nie mam obaw przed pieczeniem drożdżowych ciast. Wręcz przeciwnie. Lubię je bardzo, a wyrabianie ciasta działa na mnie uspokajająco. Ale takiego przepisu jeszcze moje oczy nie widziały. Jest tak banalny, że dopóki drożdżówka nie wysunęła się z piekarnika, to nie wierzyłam, że to się może udać. Udało się. I było tak dobre, że o mało co sama zjadłam wszystko. 

Dziękuję Ci KUKBUKu i dziękuję autorce przepisu, Ewelinie z Around the kitchen table. Mój nowy drożdżowy sekret :-) Polecam młodym mamom, które tak jak ja od czasów ciąży mają nieposkromiony apetyt na drożdżowe. A na chałkę z szafranem też jeszcze przyjdzie pora! O taaak :-) 


Ciasto drożdżowe dla leniwych
(autorka: Ewelina Majdak, blog table-table.blogspot.com)

Składniki: 
- 10 g świeżych drożdży w kostce
- 3 łyżki drobnego cukru do wypieków
- 75 g zimnego masła
- 2/3 szklanki (150 ml) ciepłego mleka
- skórka starta z połowy dużej cytryny
- 2 jajka
- 2 szklanki mąki pszennej

Kruszonka:
- 1/2 szklanki mąki pszennej
- 1 1/2 mąki krupczatki lub semoliny
- 1/2 szklanki cukru
- 50 g miękkiego masła

Drożdże kruszymy i zasypujemy cukrem. Na tarce do jarzyn (duże oczka) ścieramy zimne masło (jak włożycie je wcześniej na jakiś czas do zamrażarki praca pójdzie jeszcze szybciej) i wrzucamy na cukier z drożdżami. Dodajemy ciepłe mleko, skórkę z cytryny i roztrzepane jajka. Całość zasypujemy mąką. Miskę przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 4 godziny lub zostawiamy na noc w chłodnym miejscu (zostawiłam na noc w lodówce). Po tym czasie ciasto wyrabiamy krótko ręką lub mieszamy drewnianą łyżką. Możemy dodać rodzynki (nie dodawałam). Przekładamy na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Robimy kruszonkę, mieszając składniki i ucierając palcami na drobne grudki lub szybko (około minuty) wyrabiając za pomocą miksera (ja miałam zamrożoną kruszonkę, której kilka tygodni temu wyszło mi zdecydowanie za dużo, więc poszło mi tym samym jeszcze szybciej). Posypujemy ciasto w blaszce kruszonką. Wstawiamy do zimnego piekarnika, ustawiamy temperaturę na 170 stopni (grzałka góra - dół). Pieczemy około 60 minut. 

Pycha!
Smacznego :-)